sobota, 29 listopada 2014

Listopadowe początki porządków przed nowym rokiem.




Listopad to miesiąc w którym, dnia brakuje, czasu ciągle za mało, myśli zebranych świątecznym początkiem ciągle przybywa. Listopad to też miesiąc w którym następują wielkie przeobrażenia, ludzi w ludzi - tych dobrych? Zwłaszcza październikowe wybory samorządowe pokazały nam dobitnie kto jest kim i co sobą reprezentował aby zapracować na głos wyborców. Byłem świadkiem kilku sytuacji, nazwijmy medialnego zakłamania, tego czarowania rzeczywistości. Nie mówię kto, bo bez sensu aby Was i siebie denerwować. Specyfiką w Lubiążu i nie tylko z resztą, jest, że kandydaci na jakiekolwiek stanowisko powinni być obecni w mediach społecznościowych - dla przyzwoitości i dla osobistej możliwości trzymania ręki na tym przysłowiowym pulsie. Martwi, że są jeszcze ludzie którzy tego nie rozumieją. Jestem mocno zażenowany poziomem jaki reprezentowali kandydaci, nie wszyscy ale i tak namalował się obraz Polski oszukującej, kłamiącej z uśmiechem na twarzy, z kiełbasą i piwem w dłoniach. Lubiąż jako społeczność zyskał, szkoda, że tylko w roku poprzedzającym szopkę wyborczą. Pewnie tak też jest w waszych miejscowościach, na waszym podwórku tudzież dworze.  Nie tak dawno, tydzień temu z w sumie mojego podwórka - w pracy, skradziono mi auto. Stare, czarne, fajne i zadbane. Powiecie, ot specyfika tego chorego kraju. Wiecie, że jestem orędownikiem chwalenia nas rodaków za granicą? Rozmawiając z moimi znajomymi z Europy i schodząc na tematy społecznościowo życiowe. Nie da się uniknąć stwierdzeń, że cytuję: " Polak to pijak, oszust i złodziej". Reaguje na tego typu stwierdzenia mówiąc, że nie wszyscy są tacy, że jest bardzo dużo ludzi którzy są dobrzy, którzy na pewno nie wykorzystali by okazji gdyby znaleźli pieniądze albo drogi telefon komórkowy i nie byłoby nikogo w pobliżu - szukaliby prawowitego właściciela / właścicielkę. Powiecie, że naiwnym... Pal licho auto, to tylko rzecz, strata pieniędzy, poniesionych nakładów sił, czasu i nawet uśmiechu, jest ciężka ale do przełknięcia. Martwi, że w obecnych czasach istnieją ludzie którzy są nieuczciwi, którzy w debilny sposób tłumaczą sobie rzeczywistość i sytuację związaną z brakiem pieniędzy za pracę w naszym kraju i wkraczają na drogi nieuczciwego wzbogacania się. Tłumaczę moim znajomym też, że nie warto generalizować natrafiając na większą statystycznie grupę zła, oszustw, kłamców, bo robimy krzywdę tym dobrym osobom. Najlepszym jest nie obracać się w towarzystwie osób których działania są nieprzyjemne dla innych ( nie mówię o dentyście ) Powiecie, że każdy ma swoje towarzystwo i sam sobie dobiera - owszem, ale nie możemy być obojętni na zło które ma miejsce w naszym otoczeniu, obok nas. Wyalienowaliśmy się z społeczeństwa, zamknęliśmy w swoich czterech ścianach domów, mieszkań i żyjemy w swoim świecie nie widząc albo pomijając świat który jest dostępny dla wszystkich i każdy jest w nim uczestnikiem, jednak nie zawsze uczciwym. Naszym zadaniem jest aby reagować na przejawy łamania społecznych zasad, na przejawy obojętności, nepotyzmu, kumoterstwa, złodziejstwa, przemocy fizycznej oraz psychicznej, obrażania za wiarę jak i za przekonania oraz za tożsamość etc. Aby żyło nam się lepiej, 
 O naiwności jesteś wielka! Nie, naiwność to siostra dobroci. Moi znajomi nie kierują się stereotypami postrzegania ludzi, taka ich piękna natura. Wielu ludziom jednak trzeba tłumaczyć proste rzeczy aby kolokwialnie zaskoczyli w dobrym kierunku. Wracając do Lubiąża, po drodze mijamy piękny Klasztor. Jak wiecie, realizuję kilka swoich projektów. Culture Fashion to moja autorska muzyka, awangardowa i z mocnym przekazem, wymagająca od słuchacza / słuchaczki wyobraźni i umiejętności kojarzenia pewnych faktów okraszona czarno białymi zdjęciami i te słynne już niebieskie buty z którymi wiąże się niesamowita historia.  Cieszy, że są ludzie którym jest potrzebna moja muzyka. Dostaję bardzo ciekawe wiadomości, wiele pomysłów jest wartych realizacji, cieszą pochlebne opinie, uwagi są konstruktywne. Mam wielką nadzieję, że projekt Culture Fashion dobrze się rozwinie. Jak wiecie też, na Klasztornym profilu, z zachowaniem tematyki klasztornej, szukałem / szukam nadal, osoby do współpracy. Nie wymagam dużo, tylko tego aby dana osoba miała pasję fotograficzą, muzyczną, teatralną i chęć do robienia czegoś fajnego w twórczy sposób z przełamywaniem szablonów, granic wyobraźni. Zawiązała się grupa, jednak zostało nas raptem kilka osób, choroba lubiąska nas dopadła... Chciałbym zrealizować kilka dobrych projektów - liczę na odpowiedzialną współpracę i zapraszam serdecznie.
 Wszyscy pamiętamy wiadomość która spadła nagle, że KGHM zostaje sponsorem strategicznym Klasztoru w Lubiążu. Powiem tak, nic nie wiem o zamierzanych działaniach lub podejmowanych próbach wdrażania sponsoringu. Czas na pewno pokaże jak to będzie wszystko wyglądało, na dzień dzisiejszy nic nie wiem i nie posiadam więcej informacji z swoich źródeł.
Czy auto się znajdzie? Tak, na portalach aukcyjnych w postaci części - jedna z wielu dziedzin handlu jaka jeszcze nie jest ucywilizowana i tak na prawdę zastanawia dlaczego?. Złodziejstwu mówię wyraźnie dość! Ludziom czyniącym zło i oszukującym innych też mówię dość oraz sprawdzam ich na każdym kroku. 
 Nie mieszam się do polityki - nie po drodze mi z moimi projektami.  Nie chcę też wpisywać się w to nasze lokalne nazwę grubo - bagienko medialne polegające na przerzucaniu się odpowiedzialnością za, no za co?.. Za brak realizacji swoich obietnic wyborczych i za ogólne irytacje tkwiące w nas wyborcach do wybrańców narodu. Nie chce pisać w jadowity sposób, jak ma to miejsce w wielu platformach informacyjnych, bo nie ma sensu dla mnie wchodzenie z kimś w polemikę jak wiem, że stoję na wprost układu kilku ludzi którzy mają jeden cel i realizują jego metodycznie. Kwestią czasu jest kiedy tylko pojawia się luka w nazwę to układzie, wtedy od razu wchodzi grupa z innego układu racji objawionych. 
 Znam wiele, wiem o rzeczach które są ciekawe. Za swoje działania już wiele razy miałem dziwne sytuacje które miały za cel wyrażenie komunikatu, nie koniecznie aprobującego...
Staram się żyć uczciwie, bez agresji czy wynaturzeń. Zawsze będę orędownikiem zmian na lepsze, tak abyśmy w końcu przestali wyjeżdżać za pracą, aby nasza praca była godnie wynagradzana i szanowano nas wszędzie czy to w kraju, czy za granicą oraz abyśmy sami zrozumieli, że zasługujemy na dobre, lepsze życie nasze i naszych bliskich.
 Jak zawsze jestem ciekawy Waszych opinii, piszcie komentarze, wypowiadajcie się, piszcie tez do mnie - odpowiadam na każdą wiadomość.


  











 
 

niedziela, 21 września 2014

Katedra - The Cathedral



Wrzesień to dobry czas, aby większość z zamierzonych celów, doprowadzić do końca. Jednym z tych moich projektów, jest - Katedra ( The Cathedral ) Przez wiele miesięcy, na obrzeżach czaszki, w niespokojnych myślach, rodził się szkielet pomysłu na opowiedzenie historii za pomocą zdjęć, muzyki swojego autorstwa i wszystko osadzić w ramach pięknego, lecz doszczętnie ogołoconego, kościoła p. w . Wniebowzięcia N. M. P. w Lubiąskim klasztorze. Koncepcja zawarcia w tym miejscu, była oczywista - zajmuję się fotografowaniem Klasztornej codzienności, tego szukania piękna w sytuacjach wręcz beznadziejnych. Muzyka jest całkowicie i od podstaw, robiona przeze mnie. Kościół jest miejscem, w jakim, siedząc w ciszy, dobrze widzi i czuje się jak świat pędzi, jak świat zostawia i umyka w całkiem innym kierunku niż chcielibyśmy. Jest moim ulubionym miejscem na samotne wędrówki i wdzięcznym materiałem na dobre ujęcia rzeczywistości, nie lukrowanej, wręcz brudnej, oddartej z przepychu, ale i zachwycającej tą niesamowitą ciszą jak i jest coś takiego, że człowiek gdy przebywa w Katedrze, czuje przypływ dobrej energii, ten oddech innego świata...
 Moja historia jest o dwojgu ludzi - para, on i ona, bez związania umowami, ot zwykli ludzie którzy są i chcą być razem. Z pozoru, normalna para, jakich wiele. Jednak, mają też całkowicie normalne problemy z swym związkiem. Są od kilku lat razem, mieszkają z sobą. Dzieci - brak, psa  czy kota - brak. Poznali się na Wyspach. Ona pracowała tam po studiach w kraju, studentka filozofii nie jest zasypywana ofertami pracy i dlatego wyjechała na Wyspy w poszukiwaniu sensu jak i godności. On podróżował po świecie, większość czasu spędził w New York jako pomocnik taksówkarza, ale na Wyspach opowiadał, że służył w New York Police. Wszyscy wiedzieli, że to ściema, ale tylko uśmiechali się bo należał do gatunku przyzwoitych ludzi, którzy mimo zrywów emocji, byli w stanie szybko opanować się i racjonalnie używać mózgu. 
 Spotkali i poznali się w samolocie wracającym do kraju, lądującym na lotnisku w Wrocławiu. Szybko przypadli sobie do gustu. Czas podróży dosłownie zleciał szybko, zdziwieni i z uśmiechami opuszczali lotnisko oraz wymienili się numerami telefonów z postanowieniem, że od razu rozpoczną konwersację za pomocą smsów, mmsów, tudzież Facebooka, o konwencjonalnej rozmowie podczas spotkania nie zapominając. Ich poglądy na życie, były bardzo może nie radykalne, ale stanowcze i ciekawe. Nie chcieli się wiązać po przez Urząd Stanu Cywilnego czy zawierając Przysięgę Małżeńską w Kościele. Z racji tego, że to serce i wspólnota oraz obopólna wola wiążą a nie dokumenty na których napisane jest co z sobą dokonali. Drugie dno tego, było takie, że oboje posiadali już jakieś wcześniejsze nieudane związki za sobą i racjonalnie podeszli do tego stwierdzając, że nie poświadczają swej wspólnoty nigdzie indziej z wyjątkiem notariusza. 
 Żyli długo i szczęśliwie?... Nie ma tak lekko. Po kilku latach, spotkało ich, to co z czym borykają się chyba wszystkie pary, będące w formalnych związkach, tych papierkowych, oraz tych nieformalnych ale nad wyraz oczywistych dla innych jak i nich samych. Dopadł ich, po kilku mniejszych, kryzys, to słynne wypalenie partnerskie, które znali z obserwacji jak i z opowieści znajomych często ich odwiedzających. Czasami zastanawiam się, dlaczego człowiek tak bardzo cierpi, dlaczego gdy następuje brak rozmów to wszystko szlag trafia???... Zawsze powtarzam, że należy rozmawiać, po przez łzy ale należy. Nauczyłem się tego w bolesny sposób, jednak warto posiąść tą wiedzę, mimo, że jestem sam. 
 Nasza para, szukała dróg dojścia do liberalnego rozwiązania. Z biegiem czasu jednak oddalali się od siebie, przestali rozmawiać o swych problemach, nie dzielili się swymi spostrzeżeniami, nawet rozmowa o pogodzie była nie lada wyzwaniem. Brakowało wszystkiego, tej jakości w byciu z sobą w ciszy, bez rozmów, ale z świadomością, że jesteśmy w jednym pomieszczeniu z ukochana osobą na którą zawsze możemy liczyć, czy w pomocy czy w rozmowie. Chyba każdy z nas, kiedyś tak miał lub ciągle ma.
 Po którejś nieprzespanej nocy, z łzami wsiąkniętym głęboko w czeluści poduszki, postanowili, że trzeba w końcu zdobyć się na przypływ odwagi oraz wdrożyć humanistyczne teorie w praktykę. Postanowili, że pojadą w magiczne miejsce, tam gdzie bardzo lubili przyjeżdżać oraz przebywać długie godziny - do Klasztoru w Lubiążu. Pierwsze dłuższe ich spotkanie miało tam miejsce i wspomnienia są bardzo miłe, a to jest ważne - zostają miłe wspomnienia - warto pojechać razy wiele. 
 Będąc w kraju, na kilkudniowym urlopie, w czwartek, wybrali się do Lubiąża. 
 Ona była ubrana w niebieskie buty które pożyczyła od swojej młodszej siostry, ona miał policyjne Martensy. Pogoda była piękna, w czwartki zawsze jest pięknie bo czwartki to przedostanie dni zapracowanego tygodnia przez weekendem i ludzie są jakoś tak bardziej pozytywnie nastawieni do życia - niedługo weekend, tydzień zleciał, można zrobić słynne uff. W piątek zaczyna się gonitwa przed weekendowa i ogólnie nie jest za spokojnie.
 Parkując auto przed Klasztorem, wychodzili w nie najlepszych humorach, jednak im bardziej ukazywała się monumentalna budowla Klasztoru, to tym bardziej powracała nadzieja, że jest szansa na zawiązanie nici porozumienia. 
 Szli tą samą drogą, którą zawsze pokonywali będąc w klasztornych włościach. Czuli ten sam zapach otaczający ich zewsząd, zapach wolności, czystego powietrza. Podchodząc do rzeźb wykonanych przez Franza Josepha Mangoldta nastąpiła rzecz niebywała... Zaczęli wspominać swe wspólne wyjazdy, kroczek po kroczku rozmowa zaczęła nieśmiałym uśmiechem objawiać się. Po dłuższym czasie, na schodach przed wejściem do kościoła, zatrzymali się. Dyskutowali żywo lecz spokojnie, wyraz zadowolenia malował się na ich twarzach. Wyrzucili sobie z swych otchłani myśli, wszystko co nazbierało się przez ten długi czas. 
 Weszli do kościoła i poczuli na nowo tą siłę jaka dawała im kiedyś nadzieję na lepsze jutro. Odkrajali wielkimi kawałkami wenę uczuć do siebie, łaknęli swego szczęścia razem. Ich oczom ukazywały się znajome widoki, do ich uszu dobijały się znajome dźwięki wypowiadanych zdań kiedyś, teraz brzmiące tak samo i z tą samą siłą. Usiedli na miejscu w którym były kiedyś Stalle i siedząc tak, poprzysięgli sobie, że już nigdy więcej nie przegapią tego momentu w którym nawarstwienie spraw i problemów będzie tak duże, że nie będą w stanie z sobą już rozmawiać, a jeśli nawet to mają już swoje bardzo dobre antidotum na tą cała beznadzieję...
 Żyli długo i szczęśliwie???... Nie ma tak lekko. Muszą bardzo mocno pracować na to swoje szczęście, a nie jest to łatwą drogą ku niemu. 
  Uważam, że każdy człowiek zasługuje na dobre życie, na takie jakie sobie wymarzył i z osobą która będzie kochał i czuł się kochany. W obecnych czasach, wszechobecnego marazmu, picia do upadłego, widoku rzygających nastolatków rozjeżdżających się nawzajem, kłamstw polityków, oszustw finansowych, tudzież państwa prawa w którym prawo nie jest respektowane a wręcz urzędnicy państwowi chcą zawłaszczyć Twoje pieniądze po przez nowy podatek zwany - mandatem. Trzeba pokazywać dobre rzeczy, że jednak nie jest tak źle, że warto tworzyć sobie świat z optymizmem, wyciągnąć się z szpon nałogów, oraz rozmawiać, z bliskimi lub z obcymi osobami, rozmawiać nie z złośliwością czy wrogością, ale z normalną jakością bez uprzykrzania sobie życia.
 Robiąc zdjęcia do projektu - Katedra, umiejscowiłem się z aparatem i rekwizytami, na schodach przed drzwiami wejściowymi do kościoła, obok rzeźb na krótką chwilę tylko. Podczas tych dwóch godzin sesji zdjęciowej, sporo ludzi spacerowało wśród alejek klasztornych. Podchodzili do mnie, pytali się co robię, w jakim  celu itp. Wiecie co? Najfajniejsze w tym było to, że z pozoru rozmowy o zwykłych rzeczach, rozwijała się ciekawa rozmowa o w sumie egzystencjaliźmie. Wracając do domu w samochodzie, dłuższy czas byłem pod wrażeniem tych rozmów, niesamowicie pozytywnych oraz dających inne znaczenie dla sensu słowa - rozmawiać, a może nie inne a tylko właściwie je interpretując???...

    



  



sobota, 23 sierpnia 2014

Tolerancja i ciekawe spostrzeżenia Klasztornym miejscem widziane.








Witam po dłuższej przerwie. Mam nadzieję, że wybaczycie tą wakacyjną nieobecność.  Nowy komputer, nowe doświadczenia, nawał prac i wiele niespisanych myśli wybrzmiewa na obrzeżach czaszki. Postaram się, poruszyć dzisiaj temat tolerancji, jakże znany nam z mediów i wojenek prowadzonych z sobą na płaszczyźnie relacji domowo internetowych a szczutym na siebie przez dziwnie rozumianą poprawność wszelakiej treści. Ale nie o tej tolerancji będę mówił. 
 W wakacje Klasztor w Lubiążu jest miejscem dwóch wielkich imprez, zgoła odmiennych od siebie, jednakowoż bardzo ciekawych i długo wyczekiwanych przez swoich wiernych uczestników. A żeby było ciekawiej, na zakończenie wakacji, w ostatnią sobotę sierpnia, ma miejsce inscenizacja historyczna pt. " Oblężenie Klasztoru". Ale o tym w dalszej części.
 Slot Art Festival to śmiem twierdzić z całą odpowiedzialnością, największy festiwal kultury alternatywnej w Polsce. Który w tym roku był 08 - 12. 08. 2014 r. Jest mi bliski sercu, ponieważ jestem jego uczestnikiem od początku jego istnienia w Lubiążu, z małą przerwą spowodowaną wyjazdem. Pamiętam początki, szukania swojej drogi w życiu, tego wręcz zniesmaczenia na masową kulturę. Zawsze było coś, czego nie trawiłem jako widz mdłych instalacji zawartych w performansie czy to muzycznym, czy teatralnym. Zafascynowało mnie w nim to czego szukam w każdym człowieku - odwagi do podjęcia dialogu, bez indoktrynowania swoimi poglądami, a z wysłuchaniem i zrozumieniem drugiego człowieka. Pięć dni wysokiej jakościowo uczty dla ducha daje dla mnie i nie tylko, energię jakże potrzebną do twórczego działania w wielu aspektach swojego życia na tym padole wszechobecnej tandety. W tym roku, wchodziłem w skład wspaniałej ekipy SloTv na S. A. F. Miałem możliwość współpracy z  najwspanialszymi osobami, mega osobowościami, arcy fajnymi ludźmi. Którzy, wnieśli w moje życie dużo tego dobrego i świetnego oraz najważniejsze - innego spojrzenia, tego dobrego, na wiele ciekawych spraw.  W przyszłym roku, na pewno jestem na kolejnej edycji S. A. F. 
 Następnym wielkim wydarzeniem w życiu Klasztoru w Lubiążu oraz na mapie muzycznej Polski, jest Electrocity 15 - 16. 08. 2014 r. - w tym roku dziewiąta edycja, oraz nowość -  w Klasztorze w Lubiążu odbył się 350 epizod audycji radiowej Aly & Fila pres. Future Sound of Egypt w ramach Electrocity 9 i był prawdziwą gratką dla fanów gatunku. To też, największa darmowa impreza muzyki Trance na świecie. Muzyka el. jest mi bliska z racji gustu jak i lubię brzmienia generowane przez oscyloskopy syntezatorów, jak i też zajmuję się nazwijmy to: domową produkcją muzyki, nie mylić z domowym wyrobem napojów alkoholowych, ogórów w słoikach i łączącej to wszystko wysokiej zawartości vit. C w płynach, alkoholowych jak i w wodzie po ogórach a służącej jako łyk dla osób szczerze uciśnionych porannym stanem zwanym kac...
 Dość reklamowania, czas na tolerancję.
Wielu ludzi zwraca uwagę na to, że te dwie jakże inne imprezy, zupełnie odmienne od siebie, ludźmi, muzyką, łączy jedno - koncerty odbywają się w pomieszczeniach Klasztornych oraz na terenie przyklasztornym. Ich, tych osób, świadome postrzeganie świata, nie wychodzi poza szablon kategoryzacji miejsc, ludzi itp. Spotykam się z zapytaniami / pytaniami retorycznymi odnośnie tego, dlaczego w miejscu używanym niegdyś do kultu obrządku chrześcijańskiego, sprowadzane są tego typu profanacje muzyką... Odpowiem Wam szczerze, zawsze gdy słyszę tego typu słowa, mimo, że jestem wierzący, zastanawiam się gdzie jest oświecenie i jak daleko idzie za nim prawda. Klasztor w Lubiążu jest miejscem prze które okrutnie przetoczył się walec historii, spoczywa tutaj wiele ludzi, w kościele pod wezwaniem N. M. P. w krypcie znajduje się kilkadziesiąt trumien, wraz z szczątkami zacnego malarza Michaela Leopolda Willmanna. Podczas zawieruchy II w. św. działy się tragiczne rzeczy w klasztorze, jak wszędzie zresztą w miejscach tego pokroju. 
 Podstawowe pytanie - Czy to dobrze, że w klasztorze odbywają się głośne imprezy?... Czy nie naruszają znaczenia tego miejsca? Ok, można rzec łamią nasze stereotypy postrzegania miejsc kultu wiary. Czy w naszej Polsce zawsze znajdzie się ktoś, komu nie będzie się podobało to, że ludzie wykorzystują takie miejsca nie po to aby profanować, ale po to aby w tych miejscach poczuć na nowo tą pozytywną energię jaka jest zaklęta w murach, w drzewach, w zapachu dymu z nieczynnych pieców, co dziwnym trafem po wielu latach, pachnie jakby co dopiero wczoraj zostało wygaszone... Czy ci ludzie, stojący za wyrażaniem niepochlebnych opinii uważają, że mają do tego prawo? Mają prawo, jednak jakoś tak pozostaje niesmak, że w obecnych czasach, trudnych dla krzewienia wiary, bycia dobrym człowiekiem, są osoby które postrzegają codzienność w wąskim zakresie tego co im dano w papce medialnej kreowanej na potrzeby zniewolenia myśli... Dla moich interlokutorów odpowiadam, że Klasztor w Lubiążu jest już świecką budowlą, nie ma własności oddziaływania Pismem Świętym a jedynie artefaktami, które musimy pielęgnować oraz w miarę postępu świadomości ludzi - doprowadzać do właściwego stanu, tudzież sprawić aby część dzieł zagrabionych z Klasztoru powróciła na swoje miejsce. Koncerty które odbywają się w Klasztorze, może i są głośne, słyszałem opinie, że rytm muzyki wpływa destrukcyjnie na mury klasztorne... jako ciekawostkę, przytoczę takie oto porównanie: Co jest bardziej destrukcyjne, wystrzały armatnie dobywające się na inscenizacji historycznej " Oblężenie Klasztoru " czy fala akustyczna powstała z dźwięków niskiej częstotliwości dobywająca się z subwooferów?... Wystrzał armatni jest tym głośnym aspektem. Uważam, że jakość instalacji głośnikowych jest na bardzo wysokim poziomie i nie znam nikogo kto świadomie chciałby zniszczyć mury klasztorne dźwiękami muzyki. Kościół jako miejsce wg. wielu osób, powinien służyć do łączności z Bogiem. Pamiętam z tegorocznego Slot Art Festivalu koncert Grzecha Piotrowskiego który miał miejsce w kościele p. w. N. M. P. w Klasztorze. Niesamowite i mocne przeżycie estetyczne dla uszu i ta synergia miejsca wraz z treścią przekazu. Widząc tych wszystkich ludzi - słuchających, czujących i łaknących dźwięki całym sobą, nie sposób wyrazić tego inaczej jak - idealne połączenie treścią ludzi z kościołem, opuszczonym, oddartym z stalli, z stojącą wielką ramą z wyciętym obrazem, z ołtarzem który jest tylko z nazwy ale gra świateł ponownie zaprowadziła na nim starą świetność. To najwspanialsze połączenie starych miejsc z sztuką, bez obrażania nikogo jak i bez ludzi pokroju braku zrozumienia dla treści. Bo tolerancja, tak naprawdę, nie jest czymś ważnym, ona jest gdy nasza świadomość stoi na wysokim poziomie, i czy to ja czy ktoś inny mówi tym ludziom, że życie to nieustanne poznawanie świata bez lęku schematów, bez kategoryzowania, bez dzielenia lepszych i gorszych... Zadowolenie ludzi na FSOE 350 i tudzież Electrocity 9 zafascynowało mnie i widziałem w tych ludziach duże pokłady dobrej energii. Na inscenizacji pt. " Oblężenie Klasztoru " przychodzą całe rodziny, zjeżdżają ludzie z najdalszych zakątków Dolnego Śląska i nie tylko, uśmiechy dzieci i fascynacja w oczach ojców widzących sprzęt wojskowy jest zjawiskowa. Powstaje pytanie, czy w Klasztorze w Lubiążu, podczas tych wszystkich imprez, nie widać Boga? On jest, ma wymiar wielu religii ludzi w niego wierzących. Naszym, moim i Twoim zadaniem, jest aby ludzie którzy opowiadają, że niszczymy miejsca kultu Wiary, przez organizowanie w nich koncertów, znaleźli w sobie nowe spojrzenie na siebie oraz na nas - ludzi którzy tolerują ich obecność i nie mają za złe gdy nam jest wmawiane, że żyjemy w innym świecie. 
    Reasumując, tolerancja to trudna sztuka egzystencji ludzkiej na tym padole wszechobecnej konsumpcji w społeczeństwie.  Na zakończenie, pragnę wam pokazać jedno zdjęcie - Sala książęca w Klasztorze w Lubiążu nie jest moim ulubionym miejscem, ale o tym innym razem, na zdjęciu jest odpowiedź jak Habsburgowie " widzą " wiarę w Boga. Toleruję, acz nie godzę się z tym.



Trochę mojej muzyki na zakończenie. Następne posty już wkrótce.



niedziela, 1 czerwca 2014

Myślenie Relatywne




Po dłuższej nieobecności, spowodowanej nawarstwieniem wielu spraw. Postaram się opisać kilka nurtujących mnie myśli o tym naszym padole jestestwa.
 Myślenie relatywne jest uzależnione od wielu czynników, ma swe początki w niespodziewanych przez nas momentach. Czasami jest tak, że chcemy być obiektywni i usilnie staramy się zachować swój poziom percepcji, jednak nawarstwianie bodźców zewsząd, powoduje, że relatywizm ma się dobrze.
 W Dniu Dziecka, nasza, już zaprzyjaźniona rodzinka z Wrocławia. Postanawia zrobić sobie niedzielę poświęconą na poprawę relacji rodzinnych oraz wyjazd do ulubionego Klasztoru w Lubiążu. Po ostatnim pobycie w Klasztorze, w bardzo dobrych nastrojach wracali do domu. Opowiadali sobie, co ich zauroczyło, co zawładnęło wyobraźnią, dało ten obraz dowolnej interpretacji. Tato z zadumą i podziwem w głosie odpowiedział - Potęga i monumentalizm tego obiektu, jest może nie przytłaczający ale wywołuje wrażenie bezmiaru kształtów, linii prostych oraz tego magicznego układu perspektywy widzenia. Po pauzie myślowej, dodał - zapach jest charakterystyczny dla klasztornych pomieszczeń, ten zapach dobywający się z nieczynnych pieców, ten zapach ścian nasiąkniętych historią bytności ludzi w tych murach. Robi mocne wrażenie. Nasza mama, specjalistka od kuponów rabatowych w kolorowych czasopismach dla Kobiet. Odpowiedziała - To prawda, ten zapach przypomina mi czasy w których miałam obowiązkowy staż i mieszkałam u pewnej starszej pani, która posiadała piękny stary dom na obrzeżach Krakowa. Córka zwana rozwrzeszczaną nastolatką, z racji tego, że wiek dojrzewania ma swoje prawa i organizm na sterowanie hormonami nie posiada w tym wieku aktualizacji oprogramowania, a szkoda. Wracając, nasza, ok Mamy Córcia, odrywając głowę od telefonu komórkowego popularnej marki z jeszcze popularniejszym oprogramowaniem, uśmiechając się z błyskiem w oczach, mówi do Taty - Mnie ten zapach przypomniał o naszej starej szkole i o tym jak Pan Woźny, gdy pękła rura od ogrzewania, musiał wygasić piec. Pan dyrektor, biegał za nim coś gestykulując, jak Louis de Funes w filmie - " Żandarm z Saint - Tropez " ( młodzi ludzie wracają do klasyki kina ) a pan Woźny, wchodząc do kotłowni, z zewsząd dobywającymi się kłębami dymu, spokojnym krokiem, nie słuchając dyrektora uśmiechał się do nas patrzących z zaskoczeniem na to wszystko. Mama uśmiechnęła się, tato żachnął pod nosem. Nie do końca ten wasz zapach z szkoły, przypomina ten z Klasztoru, ale patrząc na to po przez wymiar wartości ulotnych to i klasztor, i wasza szkoła - były i są miejscami przekazywania wiedzy, zgoła odmiennej lecz służą dobrze i bez cienia widocznej przerwy. Jechali tak, nie spiesząc się, w szybach mijały zarysy drzew, domostw, łąk oraz sporadycznie - ludzi. Mama, dojeżdżając już pod dom w Wrocławiu, powiedziała: Lubiąż znam od wielu lat, od niedawna tam jeżdżę z wami moi drodzy, chciałabym abyśmy, gdy planujemy sobie jednodniowe wypady za miasto, wracali do Klasztoru i zadomowili się tam w tym obcowaniu z sztuką, może mocno ograbioną, lecz ciągle posiadającą swój jakże wielki urok.
 W domu, po kolacji, szykując się do spania, przeglądając zdjęcia wykonane w dniu dzisiejszym. Zatrzymali się na jednym zdjęciu. Na tym, które robiła im jakaś dziewczyna. Spacerowała wśród drzew kasztanów, myślami gdzieś daleko, z malującym się na twarzy grymasem zadumy i tęsknoty. Córka, odważna poprosiła dziewczynę o to aby wykonała im zdjęcie. Przystała na to, widać było, że wyrwali ją z jakiegoś ważnego dialogu samej z sobą. Zrobiła zdjęcie, podziękowali i nie zaprzątali sobie myśli o dalszych losach dziewczyny od zdjęcia. Patrząc na zdjęcie, widoczna była droga, alejka wśród kasztanów, prowadziła od klasztornych drzwi, tych pod wieżami, prowadzącymi do kościoła pod wezwaniem Wniebowzięcia N. M. P. w linii prostej, do kościoła pod wezwaniem Św. Jakuba. Na pierwszym pniu napotkanego kasztanowca na tej alei, ktoś wyrył znak serca, z zaciekawieniem domyślając się tylko historii jego powstania. Jedno im nie dało spokoju, a mianowicie zasłyszana opowieść. Opowieść o tym, że w godzinach nocnych, można zaobserwować procesję, tą manifestację czegoś nadprzyrodzonego, tego ulotnego, nie do końca wyjaśnionego - procesję mnichów zakonnych która idzie, snuje się powolnym krokiem, płynie przez mgłę, tą alejką w kierunku do kościoła p. w. Św. Jakuba. Tato odparł, że jest jeszcze jedna ciekawa historia, tym razem całkowicie realna - kapłan odprawiający obrządek liturgiczny w kościele p. w. Wniebowzięcia N. M. P. przy otwartych drzwiach kościoła, widział kapłana w analogicznej funkcji, z kościoła p. w. Św. Jakuba. Obydwoje widzieli siebie doskonale. A ten zapach co wyczuwamy my wszyscy będący w klasztorze, to zapach manifestacji różnych bytów, i tych ujawnionych, i tych nieujawnionych a chcących być widzialnym.
 Przed snem, oboje po cichutku, pomodlili się za dusze zmarłych w klasztorze.
Klasztor w Lubiążu jest naznaczony emocjami, energią oraz bytami wszelakiej maści. Zastanawiacie się, czy racjonalne myślenie i postrzeganie rzeczywistości ma swój wymiar odniesienia w klasztornych murach? Odpowiem wam z pełną odpowiedzialnością - racjonalizm postrzegania, w klasztorze, nie ma wymiaru - on jest w każdym z tych wymiarów, jest ciszą co mi towarzyszy gdy przemierzam samotnie korytarze klasztorne, jest tym dźwiękiem dobywającym się z oddali i który potrafi wyprostować włosy na głowie, jest tym światłem które w zaskakujący sposób pada na rzeczy jakie racjonalnie ujmując, nie powinny być aż tak doświetlone... Oraz jest tą prawdą o tym pięknym miejscu - warto wracać do niego.









sobota, 17 maja 2014

Czy sens ma wymiar czasu? Nostalgie lubiąskie...




Zastanawiasz się, czy sens w działaniu, w swoim życiu, ma wymiar trwania doczesnego, czy tylko chwilowego? Czasami sprawia wrażenie, że sens w naszym życiu, uwielbia zadawać pytania po przez czyny, jakich doświadczamy bądź doświadczymy, ale żyjąc w obecnych czasach, wszędobylskiego pośpiechu i tego paradoksalnego stwierdzenia o tym, że nasze doby życia trwają dwadzieścia trzy godziny, zamiast dwudziestu czterech, ciągle brakuje nam wszystkim tej jednej godziny na dobę. Szukanie sensu, to trudne zadanie.
 Przechadzając się po Lubiążu, tudzież będąc w obiektach pocysterskich. Obserwuję, może i dobre przemiany, może i ciekawe rzeczy dzieją się, ale... no właśnie, ale?..
Lubiąż to mieścina, wiocha, jakich wiele? Zaraz odezwą się głosy, że to nie prawda, że może i jest szaro ale ludzie dają radę. Zgadza się, ludzie dają przysłowiową radę, jest kolorowo, przaśnie i fajnie, jednak brakuje tego sensu. Tego, co spaja ludzi do działania, do życia w wspólnocie, z odpowiedzialnością za miejsce w jakim przyszło im, nam żyć. Spotykam się z ludźmi, mieszkańcami Lubiąża, z gośćmi jacy przyjeżdżają odwiedzać tenże piękny zakątek Dolnego Śląska. W rozmowach, często przetacza się teza o tym, że: "Macie ludzi z potencjałem, jacy zajmują się wielowymiarowym okiełznaniem sztuk wszelakich, czy jest możliwym, aby zebrać was w jedno miejsce i abyście wspólnie, zyskując status rezydenta, promowali waszą miejscowość oraz Klasztor?"... Po zastanowieniu, odpowiedziałem, że tak, owszem jest taka możliwość, jednak brakuje tej weny od decydentów, aby powstała taka fajna grupa. Ponieważ byłaby zagrożeniem dla zaistniałego "ładu" jaki marazmem oraz sobie wiadomym układem politycznym trwa, nie tylko lokalnie, w całym naszym kraju również ma to miejsce. Także, z innej strony, czy w Fundacji Lubiąż jest miejsce na takich ludzi, jak ja, czy inni pasjonaci co zajmują się, zupełnie bezinteresownie,  promowaniem cech pięknych i wrażliwych na zdjęciach, w opisach, w zbiorach wartościowych i zębem czasu podgryzionych? ... Na te i inne pytania, odpowiedzcie sobie sami, bez irytacji czy jakiś innych złych emocji. Powiem wam tylko, że brakuje mi tego odpowiedzialnego podejścia do wszystkiego co ma wartość czy to historyczną, czy tą ulotną - społeczną w wymiarach postrzegania na wielu płaszczyznach...
 Dobrze, dość narzekania, bo ani to mój styl, ani warte tego aby opisywać tak dokładnie.
17. 05. 2014 r. oraz 18. 05. 2014 r. to dwa dni na zwiedzenie całego zespołu obiektów pocysterskich w Lubiążu. Zwiedzanie obejmuje, trasę Główną - rozszerzoną o strych oraz piwnice. Na moim Facebookowym profilu, są zdjęcia z tras strychowo - piwnicznych. Popieram i podpisuję się obiema rękoma pod tym, aby częściej organizować tego typu formę zwiedzania klasztoru, ponieważ nasze zaprzyjaźnione małżeństwo, jak wiecie z poprzedniego mojego wpisu, mieszka w Wrocławiu i chciałoby częściej odwiedzać miejsca historią nasiąknięte, albo wręcz ociekające takie jak Lubiąż.
 Będąc dzisiaj w Klasztorze, pogoda nie była za łaskawa, jednak zobaczyłem ludzi co z uśmiechem zadowolenia, kroczyli w tereny sobie nieznane i z zaciekawieniem podziwiali mijające artefakty oraz dyskutowali między sobą na tematy zaobserwowane. Stałem w bramie głównej, schroniony przed deszczem, wpatrzony obiektywem aparatu na część pałacową klasztoru. Kątem oka, widząc mijających mnie ludzi. W pewnym momencie, bardziej skupiony na tym ciekawym zjawisku jakim jest widok uśmiechniętych ludzi w deszczową pogodę niż na szukanie synergii miejsca, czasu, światła, do zdjęcia. Dosłownie zafrapowałem się, takie to było niesamowicie poruszające. Trwało to może, z kilka minut, chciałoby się rzec - chwilo trwaj, jednak każda chwila ma swój sens oraz czas trwania. Wsiadając do samochodu, natłok myśli wraz z obrazami przeistoczył się w stwierdzenie, że jutro warto raz  jeszcze przyjechać do klasztoru.
 Jadąc przez Lubiąż, zastanawia mnie zawsze, co ludzi trzyma w tym miejscu, dlaczego akurat tutaj chcą żyć? Odpowiedź może być tylko jedna - są u siebie. Dbają, tak jak mogą, o to aby nam wszystkim jakoś znośnie żyło się w tym padole miejsca ciekawego.
 Jesteście ciekawi, co robi nasza rodzinka z Wrocławia? Sobota u nich wygląda normalnie, jak zwykle, z dużą dozą fajnych chwil, oraz z planami aby jutro / 17. 05. 2014 r. / przyjechać do Lubiąża, co skrupulatnie opiszę...






niedziela, 4 maja 2014

Majówka w Klasztorze w Lubiążu? Pewnie, że tak!




Majowe weekendy mają to do siebie, że wszyscy gdzieś starają się wybywać. A to do rodziny na przysłowiową wieś, a to do miejsc sobie wiadomych a jeszcze nie odkrytych przezeń. Przeglądając oferty jakie serwują nam miejsca uroku monumentalnego wraz z zapachem historii, mamy do wyboru wiele ciekawych alternatyw spędzenia wolnego czasu na łonie boleści dziejów (celowo piszę boleści, ponieważ to miejsca gdzie walec dziejów przetoczył się wiele razy )
 Pragnę skupić się na klasztorze w Lubiążu, na miejscu gdzie ludzie odkrywają, na nowo zresztą, fascynację nagromadzenia w jednym miejscu cech wrażliwych, przeciwstawnych i kontrowersyjnych. Zresztą, tematyką mojego bloga są głównie zdjęcia klasztoru widziane po przez spojrzenie wielowymiarowym okiem.
 Zapewne powinienem? Powinienem przytoczyć, gwoli ciekawości i krótko, historię tegoż pięknego Zespołu Obiektów Pocysterskich. Jednak, zrobię to w dłuższym poście i późniejszym czasie. Teraz pragnę podzielić się z wami, moimi przemyśleniami jakie dopadają cyklicznie i nie dają jednoznacznej odpowiedzi.
 Klasztor w Lubiążu po sekularyzacji przeprowadzonej  na mocy dekretu z 30 października 1810 roku, został pozbawiony swej prawowitej funkcji. W brutalny sposób, posłużył za spłatę długów po przegranej wojnie Prus z Francją. Duchowni zmuszeni zostali do złożenia habitów, i tym samym zostali pozbawieni praw i obowiązków, wynikających z dotychczasowego życia w wspólnocie. W taki oto sposób, zaczęła się powolna agonia tegoż, jakże pięknego i wartościowego historycznie, obiektu w którym nagromadzenie dzieł sztuk pięknych, było wręcz imponujące.
 Z ciekawostek, pragnę przytoczyć: W 1632 roku Lubiąż splądrowali Saksończycy, w 1639 r. zajęli go Szwedzi. W 1642 r. szwedzki generał Mac Duval, który stacjonował w Lubiążu, rozkazał wywieźć bibliotekę i część archiwum do Szczecina, gdzie w 1679 r. spłonęły od uderzenia pioruna. W 1760 roku opodal opactwa obozowali Austriacy, którzy kazali sobie wypłacić 2300 talarów, natomiast w 1761 roku stacjonowała cala armia pruska, a straty, jakie w związku z tym poniósł klasztor, osiągnęły 77 tys. talarów.
 Zabudowania klasztorne po sekularyzacji, zamieniono na stadninę, szkołę i mieszkania dla urzędników, a w 1830 roku urządzono Zakład dla Obłąkanych w tych pięknych klasztornych murach.
  Gdyby Michael Leopold Willmann wiedział, co w 1950 roku zostało z jego oraz wielu artystów - pracy, to  przewróciłby się w grobie. Nastąpiło to, nie metafizycznie, lecz rękoma szabrowników, armii sowieckiej oraz ludzi niecnych czynów. W krypcie, znajdującej się w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, doszło do splądrowania zawartości trumien. Willmann, oraz leżący z nim współbracia,  przewracani byli wiele razy...
 W 1951 roku, obiekt został przekazany na Dom Książki. Wtedy duch Włodzimierza Lenina zagościł w klasztorze na dobre. Możecie sobie wyobrazić, że cały nakład " Dzieł Wybranych" znajdował się w Lubiążu? Po tak ogromnym oddziaływaniu słowem pisanym czerwoną myślą, ściany przesiąknięte chrześcijaństwem, nagle zaczynają przybierać i uwidaczniać artefakty z sierpem i młotem, jakie pozostawia Armia Sowiecka instalująca szpital, nomen omen, dla swoich żołnierzy. Duch Lenina zaciera swe ręce, przedsiębiorczy obywatele, kombinują jak tu wykupić cały nakład książek przywódcy Rewolucji Październikowej, po cenie nominału, a sprzedać w ówczesnym punkcie skupu makulatury z zyskiem. Duch Lenina żywy jak nic.
 Duch Lenina daje o sobie we znaki, także gdy klasztor nie może dalej już czekać na przysłowiowy łut szczęścia. Potrzeba pilnych prac konserwatorskich, jest nagląca. Wiemy, że cierpliwość należy trenować, klasztor tego już dalej nie może doświadczać. W latach 1975 - 1995 / 96 przeprowadzono renowację Sali Książęcej. Od 1989 roku, opiekę nad obiektem sprawuje Fundacja Lubiąż.  Zarys prac wykonanych przez Fundację, można zobaczyć pod tym adresem : www.fundacjalubiaz.org.pl
 Teraz zaczyna się najciekawsze. Nasza rzeczona rodzina, co ma nadmiar czasu albo zgodnie z szeroko rozumianym interesem społecznym, pragnie udać się na jednodniową wycieczkę vel wypad do Lubiąża. Szuka informacji, tudzież opinii na temat Klasztoru. Natrafia na wiki, w w niej zbiór ogólnikowych słów oraz suchej historii faktów. W obecnych czasach posiadanie konta na Facebooku jest, przy rozsądnym korzystaniu, wybawieniem z wielu problemów, albo wpędzeniu w inne, ale o tym innym razem. Na Facebooku po wpisaniu w okno przeglądarki słów - Klasztor Lubiąż, ukazuje się nam dobrze prowadzony profil z zdjęciami oraz z informacjami. Chcąc poszerzyć sobie horyzont zaspokojenia ciekawości, trafiamy też na stronę, prowadzoną przez moją bardzo dobra znajomą, pod tytułem: Dawny Lubiąż - Historia zapisana na pocztówce. Polecam  http://dawnylubiaz.pl
 Nasza rodzina, po zaspokojeniu głodu informacyjnego na stronach społecznościowych, powtórnie trafia na stronę fundacji. A tam, zero aktualizacji, info sprzed roku, czas zatrzymał się na 2013 roku. Szkoda, bo obiekt tego typu, powinien posiadać bardzo dobre zaplecze z dostępem do informacji, aktualizowanych chociaż raz w tygodniu. Nie wymagajmy rzeczy niemożliwych, jednak nie samym posiadaniem obiektu można przyciągać gości i zarabiać w cywilizowany sposób. Śmiem twierdzić, że dzięki pasjonatom, takim jak moja koleżanka, jak ja - prowadząc profil klasztorny na Facebooku, jak wielu ludzi dobrej pasji jaką jest historia tych ziem. Udaje się, w miarę dobrze funkcjonować pod względem wymiany informacji.
 Nasza rodzina, rusza do Lubiąża. Mieszkają w Wrocławiu, więc to raptem godzinka jazdy autem. Przejeżdżając most na Odrze, po kilku chwilach, wjeżdżają na kolejny most. Po lewej stronie, ich oczom ukazuje się monumentalna budowla, mieniąca czerwienią dachów, niezliczoną wręcz od razu, ilością okien. Pospiesznie wyciągany jest aparat fotograficzny, przez najmłodszą członkinię rodziny. Tato kierowca? Mijając nieczynny dworzec kolejowy,po czterystu metrach, dumnie wjeżdża na drogę prowadzącą bezpośrednio do klasztoru. Zadowoleni i uśmiechnięci. Pogoda w sobotę trzeciego maja roku 2014 była, może ciepłem nie za łaskawa, jednak deszczem nie obfitująca. Na parkingu, miejsc dużo jest pozajmowanych ale goście na bieżąco i spokojnie lokują swe auta na miejscach wyznaczonych jako parkingowe.
 Po wykonaniu z tuzina zdjęć, kilku selfie, oraz potknięciu się o ducha Lenina na parkingu, stają wobec bramy wejściowej, z ławeczkami po prawej i lewej stronie, na których siedzą turyści odpoczywający wśród zapachu kwitnących obficie kasztanowców. Zapach kasztanowców, matury zalicza za nas, oraz jest nieodłącznym elementem alejek klasztornych - od zawsze.
 Oprowadzanie po klasztorze, jest o każdej pełnej godzinie i trwa, w przybliżeniu około czterdziestu minut.
W tym czasie zwiedzania, nasza rodzina dowiaduje się o pobieżnej historii obiektu. Olśnienia estetycznego doznaje w Sali Książęcej. Wchodząc mija dwie rzeźby murzyna i indianina. Tato do Mamy, z uśmiechem: Ten indianin mojego szefa przypomina... Uśmiechnięci wchodzą przezeń. Ich oczom ukazuje się pełen kolorów, zapachu korzennego, obraz, wystrój potężnej sali, w której potęga rodu Habsburgów jest wychwalona do granic przyzwoitości. Żeby było ciekawiej, na suficie znajduje się jeden z największych plafonów autorstwa Christiana Filipa Bentuma, jaki został namalowany w historii sztuki, a przedstawiający Apoteozę Chrześcijaństwa.
Nasza rodzinka, miny ma zadowolone. Pan Przewodnik, opowiada ładnie i składnie. Mowa też, o hipotetycznym rozwoju klasztoru, i jako przykład służy makieta obiektu znajdująca się w Sali Książęcej.
I tu można rzec, wiara w samospełniające się przepowiednie jest mocna, jednak nie na niej powinniśmy opierać swoje założenia biznesowe, zwłaszcza w sytuacji naglącej potrzeby inwestycyjnej oraz tego ludzkiego i zdroworozsądkowego podejścia, pomysłami, na zapewnienie dobrej przyszłości i w miarę sprawnego funkcjonowania obiektu.
 Rodzinka, mija ludzi podobnych sobie, wszyscy w stylu japońskich turystów, z aparatami foto i znakiem naszych czasów, robiąc zdjęcia smartphonami, bądź tabletami. Moja i nie tylko, malutka prośba. czy to koncert, czy miejsce sztuk pięknych, czy w ogóle, chwilo trwaj - ale bez przesady, skupmy się na przeżywaniu chwili, a nie na jej dokumentowaniu. Później są kwiatki, zwłaszcza na YouTube, ni to fajne, ni ok.
 Rodzinka, wychodząc z klasztoru, na światło dzienne, opuszcza zapach wielkiej historii, tego miejsca w którym mieszały się wielowymiarowe stany umysłów, myśli, bytów oraz twórczości wszelakiej.
 Usiąść na schodach, rozgrzanych majowym przebłyskiem słońca, to bardzo dobre i niesamowicie przyjemne uczucie.
Czy wiecie, że Ducha Lenina, przeganiają duchy mnichów, jacy idą o słusznej nocnej godzinie, w procesji z kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, do Kościoła Św. Jakuba... Podobno, widziano takie procesje i manifestacje bytów wyższych, jednak to niesprawdzone informacje, pozostające w kategoriach legendy klasztornej.
 Wsiadając do samochodu, rodzinka posiliła się w pobliskiej Karczmie, omawiając pobyt w Lubiążu. Doszli wspólnie do wniosku, że mimo braku spójnego pomysłu, nawet na zorganizowanie zwiedzania w weekendy, warto było przyjechać do Klasztoru.
  Wjeżdżając na most na Odrze, żona przypomniała dla męża i córki, o tej Odrze, jaka namalowana niebieską farbą, widniała na korytarzu klasztornym, z zaznaczonymi miejscowościami, całym układem przepływu rzeki.
 Wieczorem, podczas kolacji, postanowili sobie, że powrócą do klasztoru w Lubiążu. Że bardziej odpowiedzialnie zaczną interesować się jego losem, że zaczną namawiać znajomych do odwiedzenia tego, jakże pięknego, i z Duchem Lenina, miejsca. Z nadzieją, że Fundacja Lubiąż weźmie sobie do serc, głosy oraz pracę, jaką, dosłownie za nich, wykonują ludzie dobrej woli.
 Aktualizacja! ( 14. 05. 2014 r. )
Sobota 17. 05. 2014 r. i niedziela 18. 05. 2014 r. Opactwo pocysterskie w Lubiążu zaprasza wszystkich zainteresowanych poznaniem największego kompleksu obiektów zabytkowych w Polsce. Proponują rozszerzone zwiedzanie głównego kompleksu i dodatkowo strychu oraz piwnic.
 Swoją drogą, bardzo długo trzeba było czekać na jakikolwiek ruch na stronie Fundacji Lubiąż.







 .


wtorek, 22 kwietnia 2014

Uśmiech podczas rwania włosów? Przez łzy.



Istotą posiadania celu, jest marzenie i droga ku jego realizacji. Każdy z nas posiada swe drogi, mniej bądź bardziej wyboiste, jednak zawsze są to nasze wybory. Co byłoby gdyby tak nagle, zmienić sobie cel życia? Co stałoby się, gdybyśmy, wygodnie, rozsiadając się na kanapie czy w fotelu, wstali i zaczęli zmieniać swe życie, w międzyczasie innych również... ?  Odezwą się zaraz u was, głosy sprzeciwu, a po co?... a dlaczego?... w jakim celu?... Tak jest mi dobrze, po co zmieniać?... itp.
Opowiem wam historię o kamieniu. Tak, nie mylicie się, historia o kamieniu - takim zwyczajnym, najzwyklejszym szarym kamieniu, leżącym na polu za Lubiążem.
 Byłą sobie para dwojga młodych ludzi. On lat słusznych dwadzieścia siedem, ona lat nie ujawniła ale z rocznika jego była. Żyli w Lubiążu od czasów pojawienia się nowego zastosowania łóżek polowych w sprzedaży bezpośredniej frontem do klienta i z uśmiechem, szczerym, a jakże. Poznali się na jednym z wielu miejsc spotkań młodzieży Lubiąskiej, na ognisku organizowanym w nielegalnej odkrywce piasku, która znajduje się na zachód od Wzgórza Trzech Krzyży w Lubiążu. Miejsce ciekawe, ludzie też. Z braku alternatywy, sami organizowali sobie czas wolny. Wpadli na siebie i zaczęli być ku sobie zupełnie przypadkowo. Podczas rozluźnienia nastrojów winem i piwem, wywiązała się dyskusja o życiu i bytności w Lubiążu. Nie napawała optymizmem, jednak była tym początkiem poznawania siebie. Czas płynął, lata leciały, ogniska przeszły w zamierzchłą przeszłość. Ludzie mile wspominali szalone imprezy, bieganie na golasa i skakanie przez ogień pod wpływem... alkoholu oczywiście. On i Ona  zostali parą w pełnym tego słowa znaczeniu. Postanowili zamieszkać razem. Owszem, pewne trudności na początku ma każdy związek, gdy chce zamieszkać z sobą. On skończył studnia na politechnice, ona na uniwersytecie, w kierunkach tylko im wiadomych i potrzebnych. Mieszkając razem, czas długi, pojawiły się pierwsze problemy z płynnością finansową. On imał się różnych zajęć, a to sprzedawał meble kuchenne, a to asystował albo bardziej adekwatnie - statystował w biurze pewnej firmy spedycyjnej, obecnie nieistniejącej. Ona posiadała marzenie od dzieciństwa, chciała pracować jako nauczycielka biologii. Jak wszyscy wiemy, w naszym kraju takie marzenia są marzeniami z kategorii lux. Żyli sobie w takim stanie zawieszenia i marazmu życiowego, bo Lubiąż jako społeczeństwo jest świetny, jako miejsce do startu dla młodych już nie. Zresztą, jak wszędzie u nas w Polsce. Do czasu gdy, Polska weszła do Unii Europejskiej. Wepchnęła się, można rzec. Człek to taka istota, że gdy widzi co fundują jemu politycy, co funduje jemu system oparty na kłamstwie i ciągłym udowadnianiu jednostce, że jest tylko pracownikiem bez uczuć, niezdolnym do zaoferowania jemu poczucia bezpieczeństwa w normalny, czyt: bez układów, sposób. On i Ona nie wiedzieli co zrobić, czy zostawić wszystko i wyjechać, czy pogodzić się z losem i zostać. Szalę goryczy i w konsekwencji podjęcie decyzji o wyjeździe, przelało omówienie spraw związanych z opieką służby zdrowia oraz z stabilnością zatrudnienia.
 Formalności związane z wyjazdem, załatwili w tydzień. Pożegnali się z rodziną, z przyjaciółmi to była tylko krótka rozłąka, ponieważ przyjaciele też nie zaufali w zieloną wyspę między Odrą a Wisłą. Londyn był dla nich novum, tym rajem wyśnionym. Ona dołączyła do siostry. Zamieszkali razem. Znalezienie pracy nie było problemem dla nich. On został elektrykiem, ona dołączyła do siostry interesu i wspólnie prowadziły firmę obsługującą przydomowe ogrody. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego, ot początki życia na emigracji. I tu zaczyna się ciekawie. Pojawiła się samotność. On pracował do wieczora, ona po powrocie z pracy też częściej widziała swoje odbicie w łazienkowych lustrach, niż swojego bliskiego sercu. Czas płynął, nastała Wielkanoc. Postanowili, ze Ona zjedzie do kraju, a on zostanie.
 Poranek w dniu wyjazdu, był chłodny, deszcz z lekka padając tworzył smugi na szybie w autobusie na lotnisko. Ona wpatrzona w dal, myślała o tym aby jak najszybciej znaleźć się w samolocie.
 Po komendzie - przygotowanie do lądowania, proszę zapiąć pasy. Obudziła się z letargu, to już Polska?...
 Na lotnisku czekał na nią kuzyn. Przywitali się, szerokimi uśmiechami obdarzyli i w świetle pięknego słońca, udali w drogę do Lubiąża.
 Kuzyn cała drogę wypytywał ją, jak tam jest, jakie mógłby mieć szanse na mieszkanie gdyby wyjechał i szukał pracy, co musiałby zrobić aby znaleźć namiary na uczciwych pracodawców.
 Ona miała jego, prawdę mówiąc, już dość, to ciągłe odpowiadanie na pytania nudziło ją. A tak bardzo chciała być już w Lubiążu, ujrzeć mamę, ujrzeć znajome wieże klasztorne, poczuć zapach kończącego się dnia nad Lubiążem.
 Nagle kuzyn zatrzymał srebrną Skodę Oktavię, wysiadł z auta, i powiedział: - to jest ten moment na zmiany, muszę zrobić coś innego, coś nieoczekiwanego, tak aby los zmienił swój bieg. Ona zdziwiona, jednak z zainteresowaniem odparła: - rzuć kamieniem, - serio? odpowiedział kuzyn, - tak serio, tylko w ten sposób naruszysz ten ustalony porządek w jakim żyjemy, to może nie jest tą rzeczywistą siłą, jednak symbolicznie ma ogromną moc sprawczą. Kuzyn zdziwiony, wziął szary kamień, jakich wiele leży na obrzeżach pola i rzucił.
 W Lubiążu przywitanie było wylewne, radosne i łzami szczęścia trwające czas ciepłem serca rozpływający. Ona pierwszy raz, od dawna, była szczęśliwa, bardziej z widoku rodziny i rodzinnego miejsca, niż powrotu do kraju.
 Kładąc się wieczorem do łóżka, po długiej rozmowie jak i kąpieli. Przez chwilę pomyślała o tym co zrobił kuzyn, czy aby rzut kamieniem przyniesie jemu tą odwagę do podjęcia decyzji o wyjeździe za granicę?
 Po śniadaniu Wielkanocnym, siedząc przy stole i rozmawiając o wszystkim. Zapomniałbym, rodzina jej ma zasadę, pod żadnym pozorem, podczas spotkania przy stole jak i luźnych rozmów, nie rozmawiają o nikim bez jego obecności.
 Kuzyn wstał i ... - mamo, tato, wyjeżdżam do Londynu, decyzja rodziła się we mnie już od dawna, nie pytajcie czy to wpływ kuzynki, bo nie jest to jej. Przełom nastąpił, gdy uświadomiłem sobie, że nasz los jest tylko w naszych rękach, jednak potrzeba tej iskry, tego zapalnika aby podjąć ostateczną decyzję. Tak stało się wczoraj, w jednym momencie dotarło do mnie, że jednym kamieniem zmieniam swoje całe życie. Jestem sam, rozumiem, że gdybym był z dziewczyną, to muszę być odpowiedzialny nie tylko za swoje uczucia, ale i też za uczucia jakie wywołałem w drugiej osobie, dlatego teraz mam idealną porę na podejmowanie decyzji. Nie nadużywam alkoholu, nie palę, nie chcę skończyć jak moi rówieśnicy, szwendając się po ciemnych ulicach, zaułkach i podwórkach znajomych bądź przyjaciół.
 Ona i kuzyn siedzieli w samolocie pod skrzydłem, lecieli zadowoleni...
Na lotnisku On czekał z wielkim bukietem czerwonych tulipanów, ona z łzami szczęścia rzuciła się jemu w ramiona.
 Kuzyn w samochodzie, z takim błyskiem zamyślenia w oku, powiedział, że ten kamień zaważył o jego decyzji i dziękuje jej za to symbolicznie pokazanie wewnętrznej siły, jaką każdy ma w sobie ale nie zawsze umie wyrwać się z tego schematu życia dniem codziennym, w jakim przyzwyczaił się i uodpornił na wiele, na zbyt wiele...
                                                                                                                       Waldek  Lasik
 Historia oparta na faktach, zbieżność osób celowo całkowicie przypadkowa... Nie namawiam do emigracji, jednak rozumiem, że ludzie nie mają możliwości budowania dobrej przyszłości dla siebie, tutaj w kraju.  Pokazuję również istotę tworzenia się decyzji na tym pozytywnym przykładzie, opisanym w tekście.





czwartek, 17 kwietnia 2014

Czasami wszystko ciągle się powtarza.


Mój tekst z 2012r. Jednak ciągle aktualny. Mam wrażenie, że takich osobników, jakim jest Pan Jarząbek z tekstu, ciągle spotykamy na drodze swego życia... Oceńcie sami.
"
Polska 2012 roku, jak najbardziej obfituje w ciekawe wydarzenia, weźmy pierwszy z brzegu - sławetna prowokacja dziennikarska  „Gazetapolska Codziennie”  vide Prezes Gdańskiego Sądu. Nie osądzam czy była trafna, oraz czy zasadna, moje sympatie polityczne nie mają tu znaczenia, zresztą, co to jest polityka u nas w kraju? Skupmy się na mechaniźmie jaki G.P.C. udało się obnażyć. Wystarczy mieć tylko za sobą, nawet hipotetyczne, poparcie jakiejś ważnej osoby, agencji, urzędu. Można też powołać się na znajomości z wysoko postawionymi osobami, aby osiągnąć swój cel. Sam mechanizm jest prosty - ludzie wchodzą w układy od samego początku swej drogi zawodowej. Oto on. Nazwijmy jego Pan Jarząbek, ot nasz Jarząbek, ma rodzinę - żona, rozwrzeszczana dojrzewająca córka i pryszczaty syn. Mieszka w mieście powyżej 50 tysięcy mieszkańców. Pracuje na przysłowiowym urzędzie. Jego życie prywatne, jakie by nie było, oscyluje się między praca - dom; dom - praca. Dzieci posyła do społecznego liceum. Chodzą tam dzieciaki rodziców którzy uważają, że zresztą całkiem rozsądnie, publiczne kształcenie już od dawna przypomina walkę Rysia z kotem. Pan Jarząbek co sobotę organizuje grilla u siebie, obok domu wziętego na kredyt, nie tak dawno można było brać we frankach i skrzętnie wykorzystała to rodzina Jarząbków. Na grillu spotyka się z przyjaciółmi, może za mocno powiedziałem, ok z znajomymi będzie właściwiej. Wśród zapachów grillowanej karkóweczki popijanej zimnym piwkiem, toczą się rozmowy, pomijając te o pogodzie i szeroko rozumianym życiu, poruszane są też sprawy, jak i co komu załatwić, gdzie monitorować obieg dokumentów tak aby konkurencja znajomego Jarząbka nie wyprzedziła, jak pomóc w ustalaniu specyfikacji przetargu tak aby Jarząbek mógł w końcu wyjechać za zapracowane pieniądze do Egiptu - swoją drogą obciachowe miejsce gdy ma się kasę. Metoda wzajemności przynosi korzyści, spotkania towarzyskie, jak i nawet wywiadówki u dzieciaków, mają to do siebie, że zawsze między grupą znajomych twarzy/ludzi są omawiane, nawet niewinne z pozoru ale ciekawe z racji tematów – sprawy, które zawiązują biznesowe układy ludzi pokroju Jarząbka, nie są to spektakularne interesy życia ale systematycznie drążone dają spore profity. W Polsce jest przyzwolenie na takie działania, nie oszukujmy się, że to się zmieni, do tego potrzeba długiego okresu czasu jak i odpowiedzialności każdego za swe decyzje. Spotkań z znajomymi nikt nie zakazuje, nikt nawet nie myśli o tym, można tylko mniemać, że gdy państwo przestanie łupić obywateli to nastąpi zdroworozsądkowe podejście do nas wszystkich, bez Jarząbkowego i ludźmi jego pokroju kombinatorstwa, czego nam wszystkim życzę. Co z żoną Jarząbka? Jest pracownicą dydaktyczną w pewnej placówce i ma się dobrze."
Egipt - piękne miejsce, machina eskalacji przemocy dotarła i w Dolinę Królów...
Tekst ten dedykuję wszystkim, którzy mieli bądź będą mieć do czynienia, z ludźmi pokroju p. Jarząbka. Nie dziwcie się im, oni tacy już są i będą. Naszą wolą jest, aby takich ludzi, w cywilizowany sposób, nie utwierdzać w przekonaniu, że mogą bezkarnie sobie naigrywać się z nas oraz z innych ludzi.
 Kolejne teksty, już wkrótce. Zachęcam do odwiedzania mojego bloga.


niedziela, 13 kwietnia 2014

Niedziela przedświątecznym czasem spokojna?

Dzisiejszy dzień przyniósł wydarzenia ciekawe, czasami aż nazbyt tragiczne, lecz jednak nie dające przejść ot tak, obok nich. Dzisiaj rano, otwierając jakąś stronę portalową z wiadomościami, uderzyło, wręcz czerwienią spłynęło, wieścią tragiczną zaskoczyło, to co nie sposób nazwać inaczej niż - weekendową śmiercią. Wypadek samochodowy, w którym zginęło siedmioro nastolatków w okolicach Chełmna, z soboty na niedzielę. Podczas każdego takiego zdarzenia w którym giną młodzi ludzie, nasuwa się pytanie? Po co? Dlaczego? Przecież, można rzec, całe życie przed nimi? Nie sposób racjonalnie odpowiedzieć sobie na to pytanie, ciężko jest zrozumieć ból rodziców i bliskich tych osób. Jako człowiek, jako rodzic, ciężko jest mi wytłumaczyć to słynne - że tak miało być. Spójrzmy na to zdarzenie z aspektu odpowiedzialności. Zaiste, jak wiele, tych niby z pozoru nieistotnych i malutkich czynników, miało wpływ na ten tragiczny w skutkach wypadek. Był to szereg zdarzen, a to ognisko i dobra zabawa, a to towarzystwo, i co podkreślają media - zgranej paczki młodych ludzi. W pewnym momencie ta masa krytyczna, dobra zabawa i czas dobiegający do poranka, oraz alkohol, może nie spożyty w ilościach dających sowitą watę w nogi, jednak prawdopodobnie został spożyty dając stan bananowo uśmiechnięty. Wszystko było ok, impreza szła sobie swoim tokiem, jakieś rozmowy o zbliżającej się przerwie świątecznej w szkole, rozmowy o sprawach sercowych, ogólnie doczesność w pełnym wymiarze. Aż do momentu gdy młodzi zaczęli się nudzić i zapragnęli poczuć wolność z przemierzania samochodem nocy ciemnej. Zastanawia, gdzie wtedy byli rodzice? Że pozwolili nastolatkom, niepełnoletnim zresztą, o tak późnej porze, przebywać poza domem. Znając życie, wiem, że zawsze jest osoba która inicjuje ryzykowne zachowanie, zawsze jest to przywódca - mamy informację, że ta grupa była z sobą mocno zgrana. Niestety, jedną z najgłupszych rzeczy jakie można zrobić, to wsiąść do samochodu, po imprezie, zabrać z sobą znajomych, i postanowić powłóczyć się po okolicach. W pewnym momencie, daje znać o sobie skłonność do ryzyka. Brak świadomej oceny powoduje, że przywódca i jego ślepe owieczki, nie potrafią wybrnąć z danej sytuacji i ... Wszystko jest dobrze, gdy nie są to sprawy wymagające odpowiedzialności, w aspekcie zbiorowym, jednak bez konsekwencji tragicznych. Udaje im się tak wiele razy. Podobny schemat, był też wczoraj, tym razem nie udało się... Gdy zobaczylem na drzewie w które uderzył ten Scenic, ślady po krwi, to zrozumiałem, że ból jakiego doświadczyli, był silny i krótkotrwały, śmierć nadeszła dla nich bardzo szybko. Jednak ból, jaki pozostał dla rodziny i bliskich, będzie tym bólem co do końca ich dni zostanie, zmieniając całe przyszłe życie... Wierzę w Boga, racjonalnie podchodzę do niewytłumaczalnych zdarzeń, czy to w swoim życiu, czy w innych ludzi. Doświadczyłem dużo śmierci, bliskich mi osób, w jakimś tam stopniu jestem pogodzony z śmiercią. Jednak uważam, że życie, w doczesności duchowości, jest ciągłą drogą każdego z nas, jaką musimy przejść, tak aby w przypadku nagłego zdarzenia, wziąć odpowiedzialność za siebie i bliskich jakich mamy pod opieką, w danym momencie. Rozmawiałem o tym wypadku, z znajomymi. Porozmawialiśmy sobie o szeroko rozumianym, byciem fit i  konkluzja - całkowicie moja, mianowicie: w Nowym Świecie w jakim przyszło nam żyć, wartości takie jak dom, rodzina, prawdomówność, bycie dobrym czlowiekiem, nie są wartościami na przysłowiowym topie. Popatrzmy na malutkim przykładzie. Wszędzie, jak grzyby po deszczu. Powstają wszelakiej maści, studia fitness. Wmawiane jest ludziom, że wstawanie o piątej rano, przed pracą, aby pobiegać czy przejechać na rowerze z kilkanaście kilometrów,  jest dla nich tym czego całe zycie potrzebowali, tym bez czego nie mogą się obejść. Swoją drogą, uległem chwilowo, tej modzie, rower posiadam, nie biegam od kilku miesięcy, wage mam na przyzwoitym poziomie. Smutny wniosek, jest taki: po co nam społeczeństwo świadome, jakie będzie rozumiało co to jest kultura, jakie będzie odróżniało malarstwo M. L. Willmanna od Carla Dankwarta, czy, może z innej beczki, czy będa potrzebni ludzie co znają się na kompozycji muzyki i potrafią obsługiwać instrument muzyczny? W dobie programów muzycznych, samogrających, wiele ludzi udaje, że gra, a inni udają, że słuchają. Owszem, używam w swoim graniu komputera, jednak jestem szczęśliwym posiadaczem Korga M1. Wracając, pragnę podzielić się z wami, małym pytaniem, na jakie niech każdy z was sobie odpowie, mianowicie: Jakim społeczeństwem łatwiej jest manipulować, świadomym, wykształconym i używającym mózgu? Czy silnym, zdrowym, posiadającym duże mięśnie, super wydolność, ale calkowicie nie umiejącym nazwać tego co się z nimi i wokoło nich dzieje, rozmawiającym o suplementacji diety, znającym trendy w planach treningowych? Hmm, ja znam odpowiedź, wy już zapewne też. Smutne, ale tak jest. W takim kontekście, sobotni wypadek, wpisuje się w schemat propagowania zachowań hedonistycznych? Bardziej w szybki tryb życia, bez oglądania się na konsekwencje swych zachowań, jaki oto tryb został, narzucony przez konsumpcyjny świat spowijania młodych ludzi mrokiem ułudy i pogoni za doznaniami w emocjach płytkimi acz dosadnymi. Wiem, i wy zapewne też wiecie, że jeszcze nie raz uslyszymy o podobnych zdarzeniach. Ehh...



wtorek, 25 marca 2014




 Drzwi, to symbol, symbol czasu, przemijania, niepewności, nadziei, marzeń... Stojąc przed drzwiami, zastanawiamy się, co jest za nimi, co nas czeka gdy wejdziemy. Myśli okrążające nasze głowy i dające wiele pytań, bez jasnych odpowiedzi. Drzwi to też, symbol - emocji, jakichkolwiek, i tych uśmiechniętych sercem ciepłych, i tych zatroskanych sercem dźwiękiem delikatnych. Oprócz łóżka, to chyba, jeden z najważniejszych akumulatorów emocji, tych powierników zdradzonych uczuć, jaki znajduje się w naszych domach czy też, mieszkaniach. Pamiętam jedną ciekawą historię związaną z takowymi. Rzecz działa się, powiedzmy - w upalne lato, ubiegłego roku. Patryk, podkochiwał się w Zosi. Nic specjalnego? Powiedzmy, że na razie, to nic specjalnego. Jak na swoje dwadzieścia cztery lata, i trzeba to zaznaczyć - Patryk mieszka z rodzicami, poczciwi ludzie,  mają jeszcze córkę Justynę, całkowite przeciwieństwo brata. Patryk, fascynuje się sztuką, konkretnie malarstwem oraz kreską węglem. Pracuje w lokalnej Wrocławskiej stacji radiowej - skąd inąd, bardzo dobry głos. Poza pracą, udziela się w różnych grupach oraz w weekendy wyjeżdża na warsztaty, czy to w plenerze, czy na obiekcie. Ot, taka niespokojna dusza. Zosia pracuje wraz z Patrykiem, jest zawsze otoczona nazwijmy ich - adoratorami? Za mocno powiedziane, ale nie narzeka na brak towarzystwa. Patryk wzbudza w niej pozytywne uczucia. Czasami, gdy jadąc jednym tramwajem do pracy, wchodzą przez drzwi i udają się do windy, lubi być blisko niego, zerknąć jemu prosto, ukradkiem w oczy, poczuć zapach dobrych perfum, skojarzyła sobie, że takich samych używa Jerzy Stuhr, bo opowiadał o nich w jednym z wywiadów. Zosia i Patryk, prowadzili spokojne życie, ani hałaśliwe ani rozrywkowe, zwykłe życie ludzi wkraczających w osamotnienie w tym niespokojnym świecie zabiegania, straszenia wszystkich wszystkim co jest tylko możliwe do przestraszania. Nie dawali sobą manipulować, czy to przez media, czy w pracy, ale i tu właśnie zaczyna się to słynne ale... Mieszkali obydwoje z rodzicami. Symbol naszych czasów? Pewnie tak. Z wygody, a może z lenistwa życiowego? Bóg raczy wiedzieć. Mimo to, sytuacja w jakiej się znaleźli, nie stwarzała im powodów do wieczornego zamykania powiek snem sprawiedliwego. Jedną z wspólnych cech, było to rozdygotanie posiadania świadomości między tym co serwuje im rzeczywistość a tym co dostarczają im podpowiadacze, czy to rodzice, czy politycy, czy szefowie w pracy etc. Ich życie, było życiem sztandarowego leminga? (leming sztandarowy - któż to taki? ano, to jegomość albo waćpanna z osobowością podatną na manipulacje i posiadająca nerwicę natręctw, natręctwa w miesięcznej spłacie kredytu hipotecznego, natręctwa w uczęszczaniu na fitnes, czy w głosowaniu na jedną czyt: swoją partię polityczną, jakby nie patrzeć - strasznie smutna jednostka społeczna)  Ich życie, pod sztandarami, nie było może za dobre, ale i ich dopadła miłość? A dlaczego miała dopadać? A może - poczuli ta piękniejszą część swej duszy podpieczoną chemią miłości? Pewnie i tak, co nie zmienia faktu, ze Zosia i Patryk mieli się ku sobie. Patryk, przechodząc obok drzwi Zosi, uśmiechał się mimochodem, uwielbiał czuć zapach kawy dobywający się z za drzwi (jeszcze są normalne miejsca pracy, gdzie zapach kawy jest aromatem o cudnym wyrazie i wywołującym miłe odczucia) Drzwi były tą kurtyną, między nim a Zosią, tym co pozwala marzyć, o tym co hipotetyczne scenariusze w głowie Patryka, mogą rozgrywać na polu strategii i obmyślaniu ciekawych wyobrażeń chwil. Taki stan rzeczy trwał z kilka miesięcy, mieszał się z zapachem kawy połączonym z z marzeniami, okraszonymi westchnieniami patrykowymi... Nastał upragniony czwartek. Czwartek to bardzo dobry dzień tygodnia, tak, wiem co mówię. W czwartki, przypatrzcie się sami, jest spokojniej i bardziej luźniej. Prawie już koniec tygodnia a jeszcze nie piątek, a piątek zawsze jest początkiem weekendu i siłą rzeczy zabiegany okrutnie. Dlatego czwartek powinien być stolicą tygodnia. Patryk, poczynił zakupy u znajomej kwiaciarki, kupił czerwone goździki - nie był lotnych stanów umysłu pod względem adoracji kobiet, ale i tak trzeba przyznać jemu plus za inwencję, mimo, że podpatrzoną dawno temu u dziadków. Udał się do pracy, a był już troche spóźniony. Wszedł do windy, wcisnął dwójkę, sam już jechał. Wysiadł i udał się prosto pod drzwi Zosi... Pod drzwiami, dopadły jego emocje, oblał pot, na nic zdały się marzenia tak uparcie trenowane i obmyślane strategie. Jakaś siła nie pozwalała jemu na wejście przez drzwi i dokończenie tego co od dawna już pragnął. Czas płynął. Zastanawiał się po co, po jaką cholerę, i dlaczego stoi tak jak ten ostatni drewniany słup telefoniczny jaki ostał się u jego sąsiadki w ogrodzie. Mijały długie minuty. Zerkał na zegarek (był z tych ludzi co posiadali zegarek, nie tylko telefon z zegarkiem) Wtem drzwi otworzyły się. W nich - Zosia i jej piekny uśmiech. Nastąpiła ta słynna chwila, gdzie oczy nie nadążają z przemierzaniem ścian i spojrzenia długo razem się synchronizują zanim wzrok dostosuje się do oczu drugiej osoby. Patryk w tym całym roztargnieniu sytuacyjnym - oj jest nieśmiały i wybaczmy to jemu, zapomniał obmyślanych scenariuszy, tych dyskusji jakie toczył z Zosią w swoich myślach. Odparował wprost: Jutro, w piątek, zapraszam ciebie Zosiu, na wycieczkę do Lubiąża, wraz z zwiedzeniem opactwa pocysterskiego i dobrym obiadem u mojej babci. Zgódź się, proszę... Wiecie co Zosia odpowiedziała? ... Ma dać odpowiedź wieczorem... (cdn.)
Waldek Lasik

sobota, 15 marca 2014

Witam wszystkich!

Nazywam sie Waldek Lasik, lat 41, mieszkam w Lubiążu i tudzież doszukuję oraz obserwuję życie dnia codziennego. Interesuję się historią Dolnego Śląska oraz tajemnicami III Rzeszy. Unaoczniam hipotezy i zajmuję się trudnymi tematami. Piękno uwrażliwione zatrzymane w obiektywie aparatu fotograficznego jest moją pasją. Muzyka oraz tworzenie, są spoiwem wszystkich pasji. Postaram się cyklicznie publikować, teksty dające pytania jak i odpowiedzi. Pozdrawiam zatem wszystkich i zapraszam do odwiedzania mojego bloga i wspólnym rozwiązywaniu tajemnic, zagadek oraz hipotez.